Plan na dziś: idziemy pobiegać. Pakujemy się w samochód, kierujemy się z Monachium e52/8 na północ. Po około 60 km i godzinie jazdy jesteśmy w mieścinie o nazwie Lenggries.

Jako, że śnieg pada obficie po drodze mijamy piaskarki, solarki i…traktory. Nie byłoby w tym nic dziwnego, pod warunkiem, że wygląda na to, że w małym Lenggries traktor to samochód użytkowy. Da się go zauważyć na sklepowym parkingu i stacji benzynowej. Niestraszne mu są śniegi i może to jest pomysł na zimę. Odżywają dziecięce marzenia o posiadaniu traktora 🙂

Nie udało nam się przejechać traktorem (czy na to trzeba prawo-jazdy?) – narty okazały się bardziej kuszące. Portfel lżejszy o 17 Euro (ałaaa…) i mam na nogach całkiem zacne biegówki, na których mogę biegać przez cały dzień. Zaraz obok wypożyczalni znajdują się fantastycznie utrzymane trasy biegowe, do klasyka jak i do łyżwy. Mimo, że jest środek tygodnia a śnieg pada obficie, na trasie pojawia się pług wytyczający trasy, więc po chwili pojawiają się „rynny” dla „szuraczy” i równa jak stół powierzchnia dla łyżwiarzy.

Przed wejściem na trasę moją uwagę przykuwa urządzenie, które wygląda jak parkometr. Po krótkich oględzinach okazuje się, że jest to „biegomat” – za 2 Euro należy wykupić bilecik i można oddać się białemu szaleństwu do woli. Jest gdzie pobiegać. Nie są to bardzo wymagające trasy ale każdy znajdzie cos dla siebie. Dla zainteresowanych załączam mapkę z trasami.

Oczywiście nadmierny wysiłek nie jest wskazany, dlatego też, po kilku okrążeniach udajemy się do knajpki znajdującej się tuż przy trasach na…sądziłam, coś bawarskiego. Po wejściu do środka okazuje się, że mamy do czynienia z czymś co nazwałabym kuchnią fusion tajsko-bawarską. W pomieszczeniu unosi się zapach palonego w kominku drewna i ostrej papryczki. Zamawiam piwo (ufff, niemieckie), towarzystwo obok raczy się pikantną zupą. Robi się ciepło, wracamy na trasę i sama już sama nie wiem czy to odpoczynek czy odrobina alkoholu sprawiają, że biegnę jak Forest/jak Justyna.