Skoro już nie udało mi się wybrać na jeden ze słynnych niemieckich czy austriackich bożonarodzeniowych jarmarków, postanowiłam rozejrzeć się wśród krajowych imprez z tego gatunku.

Wrocławski jarmark okazał się być na tyle interesujący, że pewnego dnia wsiadłam w samochód i nie zastanawiając się zbyt wiele skierowałam się z mojej prowincji (dodam, że to nie ja wymyśliłam aby Opole nazywać prowincją. W ten sposób opisują Opole powieści o słynnym wrocławskim policjancie kryminalnym Eberhardzie Mocku. Widać, w pierwszej połowie XX wieku porównanie Breslau – Oppeln wypadało na korzyść tego pierwszego miasta) do Wroclove.

Miałam nosa – to były ostatnie dni jarmarku. Nie zmieniło to faktu, że nie zdążono się jeszcze nim w pełni nacieszyć – po półgodzinnych poszukiwaniach miejsca parkingowego w pobliżu Rynku, poddałam się i zaparkowałam na nowiuśkim parkingu na Nowym Targu – widać nie tylko ja chciałam zobaczyć świąteczny korowód Kolędników.
Poczytałam nieco o jarmarku w internetach. Komentarze społeczności internetowej zaczynały się na superlatywach, a kończyły na narzekaniach na wysokie ceny i badziewie oferowane na tej imprezie.
Zastanawiam się tylko, czy lepiej mieć pusty rynek i zero tych nawet zniesmaczonych wysokimi cenami turystów czy jadalne kasztany, kołacze, krasnale, grzane wino, 35 tysięcy „lajków” na FB i zwiedzających nawet z takich miejsc jak prowincjonalne Oppeln? Pytanie najprawdopodobniej retoryczne.