Podróż 46. Happiness is easy.

Poczuj to. Delegacja do Torunia. Pobudka o 4 rano. Opole-Częstochowa-Łódź-Toruń.

Po drodze gubię się nieco w Łodzi i zjeżdżam za wcześnie z A1. Tuż przed spotkaniem szybka zmiana ciuchów na te zgodne z biznesowym „dress code” na jakimś wydawałoby się ustronnym parkingu jakiejś szkoły – cóż, tym razem nie starczyło czasu na „make-up” na stacji benzynowej. Na szczęście nikt, oprócz „pana woźnego” się po nim nie kręci.
Moją uwagę zwraca busik z napisem Copernicus i znajomo wyglądającym logo.

Hmm. Maluję się dalej, w końcu cienie pod oczami mogą działać na klienta odstraszająco a ja chcę być miłą i kompetentną panią. W lusterku śmiga mi jakiś dzieciak na kolarzówce. Wzdycham, bo przecież chciałabym być tak jak on na rowerze. Za 2 minuty następny i następny i następny. Nie mogę w to uwierzyć – maluję się niemalże przed wejściem do Akademii Michała Kwiatkowskiego „Copernicus”. Przypadek? Wolę tłumaczyć sobie, że to przeznaczenie.

Po dwóch minutach bicia się z myślami, wyskakuję z auta i podbiegam do sporej już grupki ubranych w rowerowe ciuszki chłopaków, którzy najwyraźniej przyjechali na trening. Opowiadam z drżącym sercem kim jestem i co tu robię, wspominam coś o Opolu i przeznaczeniu i o moim rowerze. Proponuję zdjęcie – na szczęście na delegację zabieram zawsze aparat fotograficzny. Oni, mianując mnie „panią” zgadzają się ochoczo.

A potem dzień w Toruniu był już tylko lepszy. Happiness is easy.

***
Powroty z delegacji są zwykle wymagające. Człowiek jest zmęczony, oczy same się zamykają, czwarta kawa wydaje się nie działać, tak samo jak śpiewanie przy włączonej na cały regulator ulubionej muzyce. W drodze powrotnej zbyt często gubię się w słabo oświetlonych polskich miastach. Twardo walczę z chęcią włączenia GPSa. Musze nauczyć się żyć bez tego zawodnego „ustrojstwa”. Będąc na progu domu, ostatkiem sił zabieram swoje „zabawki” z „służbówki”, po drodze sprawdzam skrzynkę pocztową, w której czekają fluożółte skarpetki od Szymonbajka. Happiness is easy.

facebooktwitter