Maluszek. Opole-Sławice-Niewodniki-Dąbrowa-Komprachcice-Prószków-Chrząszczyce-Pagaj.

Przez sześć deszczowo-wietrznych miesięcy chodziłam wokół tej myśli, jak dzieci wokół sera w piosence „Rolnik sam w dolinie”. Po wyczerpaniu wszelkich argumentów na „nie”, zostałam w kole, jak ów ser.


Zew odwagi pchnął mnie naprzód w maju. Wcisnęłam się w lajkrowe odzienie, które już od jakiegoś czasu identyfikowało mnie jako element tej grupy, a które nosiłam nieuprawnienie – w końcu nie zaszczyciłam swoją obecnością żadnego wtorkowego/czwartkowego/sobotniego treningu.
Przełykając ślinę w ściśniętym gardle, gnałam, podskakując na dziurawych chodnikach Opola, w stronę ZUSu, by dowiedzieć się, że ci wolniej kręcący są już od 10 minut w trasie. Naiwnie puściłam się za nimi w pogoń, nie posiadając w ogóle świadomości przebiegu trasy treningu.

Nie, to nie był jeszcze TEN moment. Pomógł mi burzowy wiatr, wywracając mnie na rondzie koło „Lellka”. Stchórzyłam, zaszywając się na browarze u Słociaka, w oczekiwaniu na lepsze czasy.

Lepsze czasy nadeszły w szóstym miesiącu tego roku. Prałam sobie mózg i prasowałam skołatane nerwy powiedzonkiem, że tylko przez walkę ze swoim strachem człowiek rośnie. A więc 17.50. A więc ZUS. A więc wystartowaliśmy. Maluszki. Szkółka. Kręciłam, nerwowo przekopując pamięć w poszukiwaniu zasad jazdy w grupie. Ser szwajcarski. Duże dziury. Opiekuńcze skrzydła rozpościerają za wstawiennictwem Tomka, Andrzej K. i Adaś. Udzielają rad na temat twardości przełożeń i położenia rąk na kierownicy podczas picia z bidonu. Demonstrują elementarne prawa fizyki. Ilość uderzeń mięśnia sercowego na minutę spada – czuję się zaopiekowania. Ilość uderzeń mięśnia sercowego na minutę wzrasta. Górka w Dąbrowie. I żegnam się powoli z grupą, i spełniają się najczarniejsze z czarnych przewidywania – grupa mi ucieka, myślę sobie, kopiąc sobie dół rozczarowania samą sobą. I znowu skrzydła opiekunów rozpościerają się nade mną. Andrzej rzuca linę, a raczej koło, choć cienkie, to ratunkowe.

Wielka, brzęcząca chmura kolarzy sunie przez Wawleno, Komprachcice, Ochodze, Prószków. Jestem niemalże częścią tej chmury. Od dawna chciałam przez tą chmurę zostać zassana. A teraz jestem w niej. Musculus risorius i musculus zygomaticus major są napięte. To się chyba nazywa uśmiech.

Wiem, że podjazdy w Chrząszczycach, Górkach i Winowie będą mnie chciały zbić z pantałyku. I udaje im się to. Do Pagaja dojeżdżam ostatnia i nie obchodzi mnie to. Tym razem, tym pierwszym razem liczy się efekt.

W Pagaju jest czas na rozmowy, czas na objaśnianie „kolarskiej rzeczywistości”, za co, przewodnikom Piotrowi R. i Tomaszowi dziękuję. Być częścią tej brzęczącej chmury, która sunie po szosowym niebie, mimo, że tego brzęczenia nie rozumie się jeszcze w 100% – niewycenialne.

PeEs: dziękuję Piotrowi za zgodę na publikację zdjęć jego autorstwa. Całą grupę CykloOpole pozdrawiam serdecznie.
facebooktwitter