Dają palec, chcesz całej ręki – tak twierdzi przysłowie. Więc pewnego dnia dałam się sobie przekonać, że 200 km to jest dystans właśnie dla mnie, a Tomasz uwierzył, że nie osiwieje mając mnie przez 8 godzin na swoim kole.


Tak się wystraszyłam tej dwusetki, że poczyniłam dzień wcześniej działania jakich zwykle nie wykonuję: poszłam wcześniej spać, wyjątkowo długo „pucowałam” rower, przygotowałam sobie rowerowe ciuszki od A do Z, usmażyłam sobie omlet, napełniłam bidony wodą tajemniczymi tabletkami z SiS, odszukałam i spakowałam PRObatony.

Punkt 7.00 (nie wiem, co jest z tymi kolarzami, że 49 sekund spóźnienia powoduje u nich buchanie pary z nozdrzy) pojawiłam się w punkcie zbornym. I ruszyliśmy. „Lider” zapodał tempo, które utrzymywaliśmy aż do Komprachcic i przeuroczej drogi na Szydłów. Jeśli nie chce Ci się kręcić 200 km, to chociaż przejedź się drogą Komprachcice-Szydłów-Skarbiszowice. Cisza, spokój, las i śliczny asfalcik.

Tułowice typowo przyciągają rozwalającym się, choć nadal pięknym pałacem. Połączenie neorenesansowego pałacu i kilkudziesięciu chłopa z Technikum Leśnego nie brzmi za dobrze, choć jest faktem.

Za Tułowicami moje doświadczenie wycieczkowe zakończyło bieg. Wkroczyłam na tereny nieznane. Lider wycieczki dyktował warunki. Pognaliśmy, choć to słowo jest w tym kontekście pewnym nadużyciem, w stronę Łambinowic, które istnieją i mają się w miarę dobrze, dzięki dziesięcioleciom tragedii różnych narodów, jaka dokonywała się w tej wiosce. Las krzyży w lesie zostaje w pamięci – zdjęcia niepotrzebne.

Kręcimy w towarzystwie majaczących na horyzoncie gór, które zdawały się do mnie mówić „mam cię-zjem cię”” Przejeżdżając przez kolejne wioski: Budzieszowice, Jasienicę Dolną, Piątkowice i Rusocin po drogach, które lata świetności mają za sobą, myślałam sobie, że właściwie jedyną wartością tych okolic są „landszaftowe” widoczki.

Przez wymarłą Nysę przejechaliśmy szybko. Wakacje? Nie – niedziela rano – jedni śpią, inni się modlą. Polska.

Podjazd w okolice Jeziora Nyskiego jest trudny. Rajd po DK46 do Otmuchowa mija szybko – przez moment jestem „na zmianie” i doceniam, że przewodzę tej wycieczce tylko przez 5% całego czasu.

Miasto kwiatów jest pogrążone w jeszcze większym śnie niż Nysa. Pstrykamy parę zdjęć otmuchowskiego kościoła i ratusza, po czym kręcimy w stronę Paczkowa. Właściciele lśniących drogich rowerów szosowych – miejcie się na baczności. Tuz przed Paczkowem, szosa przeradza się w sitko.

Zapomniane przez władze naszego województwa miasteczko Paczków i jego mieszkańcy walczą samotnie o przetrwanie. Od mojej ostatniej wizyty przybyło zagranicznych turystów i kawiarni, a także dzieci, które chcą opowiedzieć Ci historię miasta za 2 złote. Przykre.

Czas na kolarski „kofibrejk”, który spędzamy w kawiarni Czarna Kawka. Słonecznikowy kawałek ciasta popity kawą, a wszystko doprawione wychodzącymi promieniami niedzielnego słońca, smakują pysznie na paczkowskiej ulicy. Siły mi to jednak nie dało, i droga do Złotego Stoku okazała się piekiełkiem.

Już po czeskiej stronie, zjadam niemalże wszystkie „wspomagacze” – moje i Tomka. Wita nas ciepły deszcz i tuż przed Javornikiem rozdzielamy się. Tomasz jedzie samotnie na Przełęcz Lądecką i w dół do Lądka, mój plan zostaje zredukowany – mam wjechać tylko na Przełęcz.

Kręcę sobie powoli, wmawiając sobie, że Travna i Przełęcz to nic takiego – w końcu byłam na Pradziadzie i Elektrowni – co to dla mnie.

Po drodze mijam „włóczkową Maryję” – kapliczkę obleczoną w patchworkowy, włóczkowy dywanik, kilku zjeżdżających w dół kolarzy, kościół w Travnej, który stojąc w towarzystwie kempingów nie przypomina kościoła, a jakieś miejsce noclegowe dla strudzonych podróżnych.

Wreszcie sklepik, a następnie Przełęcz. Po 10 minutach przyjeżdża Tomasz. Zdążył zjechać do Lądka i wjechać ponownie na Przełęcz. Koń. Albo Wariat, jak mówią niektórzy.

Zjeżdżamy do Javornika a następnie do Bilej Vody na zupę czosnkową i naleśniki. Trzeba mieć siły aby wrócić.
Czechy żegnają nas, zapodając nam jazdę po parunastu kilometrach widokowej, równej jak zgryz najpopularniejszego celebryty, drogi nr 457. Pola czerwonych maków jakie rosły tam jeszcze miesiąc temu przemieniły się w pola gotowych do zebrania główek maków – co oni z tym robią? Nie miałam kogo zapytać. Podsumowaniem czeskiej części trasy jest podjazd i zjazd w Barnarticach – jedźcie tam, bo warto. A jak macie ambicje, to spróbujcie swoich sił w zawodach Okolo Vapenne. Kolega blogger-fotograf opisał te zawody – poczytajcie.
Wysiada mi aparat i pozostaje już tylko skupić się na jeździe – jeszcze niezły kawał przed nami.

Tomasz wybiera alternatywną drogę powrotną przez Korfantów. Po drodze paskudny kawałek płytami betonowymi do Nysy – ludzie na MTB przeszliby nad tym kawałkiem do porządku dziennego – kolarze – sami wiecie. Bolało.

Za Nysą nastawiam się na jazdę na kole. Tomasz też. Nie zawsze wychodzi – Tomasz mi odjeżdża, a ja nie mam siły go gonić. W Tułowicach stuka mi 200 km – i myślę sobie – co za oszukaństwo? – do Opola jeszcze z 30 km. Nie ujawniam publicznie moich myśli i mozolnie kręcę dalej. Pociesza mnie powrót drogą przez Szydłów. Potem jadę na przeżycie. Pożeram ostatni czeski anabolik – pieruńsko słodki żelik dla dzieci o smaku cukru w cukrze. Nie pomaga.

Ostatecznie docieramy do Opola około 19. Tomasz trzyma fason – dziękuję mi za jazdę. Ja też trzymam fason – dziękuję mu za jazdę i już obmyślam jak tu powtórzyć tą trasę. W końcu muszę i chcę zjechać do Lądka i sama sobie zatankować ohydnej, śmierdzącej wody ze źródełka.