Food for thought. Part two.

Zima, a właściwie jej namiastka pomogła mi się zahibernować. Ciemność zniechęciła mnie do uczestniczenie we „wtorkowo-czwartkowych” treningach. Chłodek, bo przecież nie zimowy chłód, kusiły aby zostać w domu. Wena pognała gdzieś nie wiadomo gdzie. Zupełnie jak napisał Bukowski – „my ambition was handicapped by laziness”. Aby ostatecznie nie popaść w marazm rozpoczęłam nierówną walkę z bogiem lenistwa, który ile miał sił wciągał mnie w zamachowe koło „nicniechcenia”.

Runda pierwsza. Zmiana wyglądu bloga. Zawsze ceniłam opakowanie. Sztukę robienia pierwszego dobrego wrażenia mam opanowaną dosyć dobrze, wierząc, że stare powiedzenie nie może się mylić. Ubzdurałam sobie, że wizualna otoczka będzie sprzyjać fajnym historiom. Nowe logo, nowy layout, nowy układ strony i własna domena. Wierzę, że te wszystkie kroczki będą prowadzić ku lepszej i świetlanej przyszłości oraz  sprawią, że będę czuć się zobowiązana do niezaniedbywania mojego jak na razie jedynego dziecka – bloga MarcoPolka – zgodnie z zasadą, że skoro coś się robi, to na całego, a nie metodą półśrodków. Efekt wkrótce do oceniania na www.marcopolka.com.
Runda druga. Zimowe ciuszki. Zakup do tej pory znajdujący się na ostatnim miejscu moich rowerowych priorytetów. Bo drogie, bo nie ma rozmiarów dla takich jak ja, bo nie ma czasu szukać/pytać/przymierzać/kupować. Jak bardzo myliłam się co do odkładania zakupu zimowych ciuchów poczułam dopiero jak przejechałam ubrana w nie po opolskiej Wyspie Bolko. Nie było zimno, nie czułam wiatru, wszystkie „ale”, które do tej pory blokowały mnie przed zimową jazdą wystrzeliły w kosmos na misję bez powrotu na Ziemię. Były „ochy” i „achy”, były stwierdzenia „niepotrzebnie odkładałaś zakup”.
Runda trzecia. Czasem łażenie po sklepach się opłaca. Tym sposobem zupełnie przypadkowo stałam się właścicielką pięknej książki o anatomii rowerów szosowych. Widząc ją walającą się na półce w TK Maxx stwierdziłam, że to przeznaczenie i, że czekała tam na mnie bym ją uratowała i zabrała do domu. Chyba los wiedział o tym, że poszukiwałam książki w stylu „rower szosowy dla idiotów”, która krok po kroku wyjaśniałaby w czego składa się rower szosowy, jakie znaczenie mają te części i jak to się przekłada na użytkowanie roweru. Na dodatek książka jest miodem na moje filologiczne serce bo jest po angielsku.
Runda czwarta. Trenażer. Och, jak chodziłam wokół tego zakupu. Zupełnie jak „lisek koło drogi”. Miotałam się między opiniami „trenażer to nuda”, „trenażer to zło” a „trenażer jest fajny”. Postanowiłam empirycznie sprawdzić, które stwierdzenie pasuje do mnie najlepiej i jak na razie nie jest to może „miłość od pierwszego wejrzenia” z „motylami w brzuchu”, racze coś jak „małżeństwo z rozsądku”. Na pewno nie żałuję zakupu, tym bardziej, że zakupiłam jeden z modeli w niewygórowanej cenie – na moje potrzeby w zupełności wystarczy.
Runda piąta. Nie samym trenażerem człowiek żyje. Zimowe ciuszki plus „jesienno-wiosenna” aura sprawiają, że skusze się czasem na wycieczkę w plener. Przeprosiłam się z MTB. Najfajniejsze jest to, że mam wybór: mogę zostać w domu na kanapie (góra książek do przeczytania rośnie z dnia na dzień, a ja chciałabym się na nią wspiąć), w domu na trenażerze, mogę pojeździć w terenie. Wachlarz opcji – każda dobra.
Zatem, niby jestem zahibernowana, ale jednak w głowie cały czas  kotłują mi się pomysły  i trwa nierówna walka „ja-wewnętrzny leń”. Ten leń mnie czasem obezwładnia. Wpadam wtedy w panikę, żeby za chwilę sobie powiedzieć, że spalanie się na siłę, choć ostatnio takie modne, ma krótkie nóżki. Czekam na taki nurt rzeki, która pozwoli mi płynąć a nie utopić się od razu.
facebooktwitter