Nie czas na łzy. Opole-Lewin Brzeski-Opole.

Ktoś mnie ostatnio zapytał, po co mi ten blog? Bez większego zastanowienia się odparłam, że po to, żeby czuć się lepiej ze sobą. Co to w ogóle znaczy, można zapytać?
Jestem otoczona „ludzmi walki”” Jedni walczą o wydobycie się z doła emocjonalnego, inni walczą o swoje zdrowie, jeszcze inni walczą z wiecznie nierozwijającą ich pracą – ludzie walczą o siebie – tą walkę rejestrują w mediach społecznościowych, na blogach i innych tego typu „przybytkach”” Takie mamy dziwne czasy – nie walczymy już o „sztandar” ale o własne, nadrzędne JA. Mówią nam, że jeśli osiągniemy zen ze swoim JA, świat będzie lepszy.

Też chciałam, trochę bezmyślnie, tak sobie teraz myślę, zawalczyć o siebie i osiągnąć zen ze swoim JA. Myślałam, że robiąc to, co inni, czyli pisząc bloga, zakładając fanpage w mediach społecznościowych i mozolnie zbierając publiczność oraz żyjąc według zasad wojownika, sprawię, że wygram walkę o siebie.
Pomyliłam się – nudzi mnie kopiowanie innych, meczy mnie ta walka. Pojawia się zatem pytanie czy aby jestem wystarczająco dobrym wojownikiem czy po prostu leniem?

Przedwiosenne, mokre i szare dni jak ten dzisiejszy (tj. sobota po piątku trzynastego), sprawiają, że ochoczo ulegam wiosennej nostalgii, która najczęściej doprowadza mnie do przykrych wniosków. Zupełnie tak jak dzisiaj.

Ratuję się jakoś, tak po kobiecemu. Czekolada. Nowe buty. Takie tam. Znacie to. Działa na krótko – też mi odkrycie. Jak większość mam potem wyrzuty resztek mojego sumienia – że puste kalorie, że konsumpcjonizm, że do niczego mnie to nie przybliża. Dlatego właśnie wymyśliłam sobie bloga, który ma dać mi poczucie, że nie jestem do końca do chrzanu. Mimo, że jestem już po trzydziestce i nie zdobyłam władzy nad światem. Mimo, że nie mam swojej firmy. Mimo, że nie jestem utalentowanym fotografem. Mimo, że nie robię kariery zawodowej. Mimo, że nie umiem wytrwać w paleodiecie. Mimo, że nie ćwiczę 3 razy w tygodniu zgodnie z zaleceniami Ewy Chodakowskiej. Mimo, że nie wypracowałam super rowerowej formy na sezon 2015. Mimo, że…
No i jest ten blog, który ma rozwiewać chmury nostalgii na horyzoncie myśli. Blog, który niczym Patronus w Harrym Potterze, wskazuje drogę i osusza łzy.
No to je sobie osuszę, a co.

Taka sytuacja.

Pierwsze dni marca okazały się być meteorologicznie łaskawe i przyniosły wszystkim ludziom (czytaj: niezliczonym i rosnącym rzeszom biegaczy, rowerzystów i innym ludziom walki) pierwsze, nieśmiałe powiewy wiosny. Zawalczyłam więc o swoje JA na rowerze.
Generalnie to nie lubię rutyny. Ma to swoje dobre i złe strony, a najstraszniejsza zła strona to brak konsekwencji. Nie ma konsekwencji, nie ma rezultatów. Każdy głupi to wie. Zamiast więc pilnie trenować rok cały, odpuściłam sobie walkę, i teraz niczym szczur po kanałach, przemierzam boczne drogi wokół Opola, opuszczając trening za treningiem. Powtarzam sobie, że do maja jakoś nadrobię te tyły. Nadzieja, mówią, matką głupich. Oczywiście wyjazdy indywidualne, ewentualnie w grupie równej 2 osobnikom, też mają swoje plusy. Na przykład: przestrzeń na niezaplanowane trasy, ciągłe zatrzymywanie się żeby zobaczyć/sfotografować coś tam, miejsce na wykiełkowanie świadomości o tym, po co naprawdę jest mi to jeżdżenie na rowerze. No i po co? Nie da się ukryć, Kwiatkowskim nie będę, nie wykonam też mistrzowskiej ucieczki peletonowi żeby nie wiem co.
Trzeba szukać ciekawych miejsc, widokowych tras, dziur w drodze, asfaltów marzeń, pachnących kaw i innych tematów zastępczych.

Zatem bieżący temat zastępczy to trasa Opole-Lewin Brzeski-Opole. Jeśli boisz się stracić życie zderzając się czołowo z jakimś niczym nie wyróżniającym się czterokołowym pojazdem na DK94, i masz pokłady cierpliwości, które zapewnią ci spokojny stan umysłu podczas przejazdu dziurawymi odcinkami tej trasy o maksymalnej łącznej długości 4 km – wsiadaj na rower. Do diabła z treningiem. Boczne dróżki, bazie, kwiatki, park dworcowy w Chróścinie Opolskiej, pałac w Dąbrowie Niemodlińskiej, zagospodarowana za unijne pieniądze żwirownia w Lewinie Brzeskim, a dla wybranych spotkanie z UglyMotors team, to główne atrakcje tej wycieczki.

Trasa ma około 75 kilometrów, ale jest na tyle przyjemna, że właściwie nie odczuwa się tej odległości. Jak na temat zastępczy – wg mnie daje radę. Łzy osuszone.

Route 2,920,778 – powered by www.bikemap.net
facebooktwitter