Koszty utraconych korzyści. Przemyśl.

Wiosna. Pobielone wiśniowym kwiatem drzewa na Górze Św. Anny roztaczają obłedną woń. Kolejny kolarz zachwyca się tamtymi podjazdami po raz pierwszy. Kolejny raz PROkolarze przejeżdżają Alpenstrasse w ramach milionowej rundki. Wszystko gra.
A ja siedzę kolejną godzinę w samochodzie przemierzając kręte drogi Podkarpacia. Rozmarzyłam się. Wyremontowana w 2011 roku DW884, wypełniona podjazdami, zjazdami i godnymi szalonych (moto)cyklistów zawijasami jeszcze wiele razy błyśnie mi w pamięci jako kolejna z dróg do przejechania rowerem.

Kiedy byłam na studiach na filologii angielskiej, z premedytacją zapisałam się na roczne, dodatkowe zajęcia z ekonomii. Prowadził je wykładowca z Holandii, po angielsku. Z zajęć pamiętam kilka pojęć, a najbardziej „koszty alternatywne”. Na chłopski rozum, koszt alternatywny to coś, co utracisz, podejmując decyzję, że zrobisz coś innego.
Tysiące kilometrów nieprzejechanych szos, dziesiątki opuszczonych treningów rowerowych, niewypite „kofibrejki”, niewidziane widoczki – to są moje koszty utraconych korzyści.
A moje wybory? Kolejna delegacja, kolejne popołudnie poza miejscem zamieszkania, kolejny wieczór incognito gdzieś tam w Polsce. Albo zapiszę to inaczej, żeby nie brzmiało tak ponuro. Kolejne spotkanie z interesującymi ludźmi, kolejna ciekawa rozmowa, kolejne popołudnie w pięknym miejscu, kolejny wieczór tylko dla mnie.
Koszy alternatywne nie zawsze muszą być dramatycznie smutne – zresztą, to od nas zależy, jakimi je uczynimy. Ja bardzo nie chcę aby było ponuro. Na ostatniej delegacji w Przemyślu też tak nie było. Wreszcie miałam okazję pozwiedzać to miasto, które niczym litewskie Wilno, pełne jest kościołów, tajemniczych kamienic z historią w tle, a przy tym jest takie swojskie, że mimo, że obca, czuję się tam jak w domu. No i te widoczki – koszty utraconych korzyści w przypadku gdybym została w domu, były by takie, że bym ich nigdy nie zobaczyła.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

facebooktwitter