Praga bez make-upu.

Praga jest tym miastem, do którego mogę zaglądać z wizytą wiele razy, i wątpię, że to się zmieni, zupełnie tak jak z chęcią będę po raz tysiąc osiemdziesiąty ósmy wjeżdżać podczas Sunday ride na Annaberg lub pałaszować kolejną kulkę Rafaello.


Zapytaj przeciętnego Europejczyka, z czym kojarzy mu się Praga? Wielu odpowie, że Praga jest, zupełnie jak Kraków, świetnym miejscem na tzw. „stag/chick night”, czyli odpowiednio wieczory kawalerskie/panieńskie. Czego oczy ojczyzny nie zniosą, tego nieme usta obczyzny nie rozniosą w świat. Zatem wszystkie chwyty dozwolone: skóra, lateks, pejcze, pożyczone klapki od mamy, sztuczne penisy, sikanie i rzyganie jest nie tyle co aprobowane, ale akceptowane – wszystko w ma przecież swoją cenę. Gałąź turystyki imprezowej kwitnie szczególnie intensywnie wiosną i latem. Oto jedno z umalowanych lic Pragi.

Drugie to turystyczny park rozrywki, w którym „must see” to Hradczany (i obowiązkowa fotka z wartownikiem), Złota Uliczka (czyli płynięcie z nurtem rzeki turystów z całego świata klaustrofobiczną, choć jakże piękną, zabytkową uliczką, która wcale nie jest ze złota), Most Karola (i macanko rzeźby św. Jana Nepomucena – przecież wszyscy chcemy do Pragi wrócić, nawet jak nie chcemy, a to zapewnia podobno dotknięcie te rzeźby) i Rynek (ochy i achy pod zegarem Orloj i jego tańczącymi figurkami). Na 2 dni wystarczy – zresztą, nawet najbardziej wprawionemu turyście nogi odmówią posłuszeństwa po oglądnięciu tych atrakcji. A jak już się turysta zmęczy to knedliki i ser zakropione czeskim piwem w jednej z knajp – koniecznie blisko „atrakcji” – postawią go na nogi.
Oj, ma Praga umalowane lica. Jest w czym wybierać.
Co tu dużo mówić, dostaję wysypki na samą myśl o typowych atrakcjach stolicy Czech. W miesiącach letnich są one wręcz oblepione turystami z całego świata, którzy zaopatrzeni w kije do „selfie” (trzeba uważać, bo się można nadziać) pstrykają niezliczone ilości zdjęć, które potem umieszczają na jedynym takim „envy-page” na świecie czyli na Facebooku. Z drugiej strony rozumiem ich – jaki jest sens pierwszy raz z życiu odwiedzać miejsce i pominąć jego najważniejsze atrakcje? Przecież tak jak w życiu, najpierw zwracamy uwagę na to, co ma być wyeksponowane i zauważone, potem dopiero dostrzegamy „smaczki”.
Ja, ta, która udawałam niegdyś przez miesiąc prażanina, oczekuję od Pragi czegoś więcej i wiem, że to dostanę. Poszukuję Pragi nieumalowanej albo chociaż w makijażu dziennym.
W czerwcu miałam możliwość pooddychać praskim powietrzem raz jeszcze. Wypad ze znajomymi był ukierunkowany na „must see”, ale poza tym udało się zobaczyć coś więcej niż tylko Pragę 1.
A po Pradze „oprowadzały nas” instalacje kontrowersyjnego (w zależności od szerokości geograficznej na której je wystawia) Davida Černego – artysty z którym zaznajomiłam się jeszcze na studiach (ach, kiedy to było?), pisząc pracę magisterską o gender (tak, gender grasował w Polsce i na świecie wcześniej niż to się niektórym wydaje). Wycieczka po Pradze z Černym to jak podróżowanie „krasnalowymi ścieżkami” po Wrocławiu.
Černý umieścił w Pradze kilka swoich projektów. Najlepiej mówi o tym strona wyłącznie nim poświęcona. Nam nie udało się zobaczyć ich wszystkich, co powoduje, że jeszcze do Pragi wrócę z zamiarem nadrobienia zaległości (i może kolejnych, nowych) instalacji tego artysty. Zresztą instalacje Černego można spotkać na całym świecie, w tym także w Polsce (Poznań).
Dlaczego tak się rozpływam nad Černým (zresztą nie tylko ja – spróbujcie wpisać w przeglądarkę jego imię i nazwisko)? Jestem takim małym, „niechlujnym” (cytując Mariusza Szczygła) wielbicielem czeskiego podejścia do życia, a Černý to podejście ciekawie ilustruje. Czesi nie nadymają się jak bania, nie prężą muskułów, których zresztą nie mają, wykazują się za to autoironią, są bezpośredni i generalnie mało co ich obchodzi (nawet to, że w centrum Pragi stoi ruchoma rzeźba dwóch gołych panów sikających do basenu w kształcie Republiki Czeskiej). Działają po cichu – po prostu robią swoje, nie w imię wielkich ideałów, nie po to by im sąsiedzi zazdrościli, tylko tak po prostu.
I takie są rzeźby Cernego. Prócz spluwania w twarz wszelkim autorytetom – jak powiedzą niektórzy, każą każdemu, kto ma choć trochę chęci do otwarcia się na inne, pomyśleć nad sobą i nad światem. W końcu to zadanie sztuki. A że można z tą sztuką trochę się zaprzyjaźnić w Pradze – która w końcu nie leży gdzieś na skraju tego europejskiego świata – to warto skierować swoje kroki w mniej znane zakątki czeskiej stolicy i zobaczyć, co też ciekawego to miasto pod grubą warstwą krzykliwego turystyczno-imprezowego make-upu przed nami skrywa.
facebooktwitter