Pamiętniki z wakacji. Dlaczego Czech jeździ na MTB.

Czechy to piękny kraj, nawet moi holenderscy sąsiedzi to przyznają. Holandia nie może poszczycić się „zdywersyfikowanym krajobrazem”, za to „kraj Krecika” ma do zaoferowania zarówno góry, lasy, jeziora i rzeki. Do każdej z tych atrakcji można dotrzeć oczywiście rowerem. Ale dla waszej wygody zapomnijcie o „królowej szosie” i przesiądźcie się na MTB, bo inaczej zamiast zjeść ciastko, będziecie tylko lizać witrynę, w której ono stoi.

Lubię zwiedzać. Jak widzę zamek, to chcę do niego wejść. Przejeżdżając koło winnicy, chcę skubnąć winogrona. Wjeżdżając do malowniczego miasteczka, chcę pospacerować wokół rynku. Nad jeziorem czy rzeką, chcę przejść się plażą lub sprawdzić czy woda jest ciepła. Będąc w parku narodowym albo rezerwacie przyrody, chcę wejść w las lub oglądnąć „atrakcję” wskazaną na mapie.

W Czechach powyższych jest w bród. Ale jak się ma nowiutkie buciki szosowe i nowiutkie bloki, to serce krwawi, gdy niszczy się je na kocich łbach, kamieniach, czy piachu. I tym sposobem woziłam ze sobą buty zapasowe, do tzw. „zwiedzania”. Oczywiście kolarska „stylówa” „poszła się paść”, bo buty trzeba było gdzieś schować, a jak schować, to plecak, a kolarz z plecakiem to takie „faux pas”. Na dodatek kolarz w swoich PROciuszkach+baleriny… no sami powiedzcie.

Szosa jest idealna na roadtrpping „a la SzymonBike” – zaczynasz  na dole, a kończysz na 3 000 m.n.p.m, wokół Ciebie przestrzenie i asfalty. Możesz się zatrzymać i wszystko widzisz jak na dłoni. Na Morawach Południowych oczywiście nikt asfaltów nie pozwijał, ale pełno jest także szutrowych ścieżek, po których szosą nie pojedziesz. I nie mam tu na myśli tego, że obje mi się moja wielcePROrama tylko coś bardziej prozaicznego typu „kapeć”.

Dlatego też musieliśmy się nieco hamować w Parku Narodowym Doliny Dyji. Nie udało się obejrzeć ruin budynków pozostałych po okresie komunizmu, ani zobaczyć zamku Hardegg. W uroczym austriackim miasteczku Retz i jeszcze piękniejszym Mikulovie pozdzierałam bloki, grzązłem w żyznej ziemi znojemskich winnic. Meandrującą rzekę Thayę oglądałam tylko z punktów widokowych, zamiast samodzielnie zejść w dół kanionu.

Rzeka Thaya

Rzeka Thaya

Może to dlatego, że rowerowa wyprawa to dla mnie połączenie przemieszczania się rowerem i na nogach. Na Roadtripping South Moravia rower nie był celem samym w sobie, choć oczywiście bardzo chciałam wybrać się na wakacje właśnie na szosie. Nie dane mi było zabrać dwóch dwukołowców. Ale następnym razem pomyślę o tym. A może jak na szosę to tylko do Włoch albo Norwegii, a na MTB tylko do Czech? A może ja jestem takim upierdliwym turystą, który chce zobaczyć, poczuć, zapamiętać, doświadczyć wszystkiego w jednym momencie? Zatem cierp ciało, coś chciało.

facebooktwitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.