Ale za to niedziela… Amstelveen-Amsterdam-Amstelveen

Nastała niedziela. Mam ze 3 godziny wolnego. Czas tylko i wyłącznie dla siebie. Jako, że to ostatnio rzadkie zwierzę w moim życiu, przez moment mam gonitwę myśli, czy aby wyjście na rower to jest najlepsze zagospodarowanie tych 180 minut. Może poczytać, odpowiedzieć na zaległe maile, oddzwonić na nieodebrane telefony? Zwycięża rower i już za chwilę kręcę w stronę Amsterdamu.20160313_111640

W Holandii wyjście na rower jest tak szybkie jak kupowanie w internecie. Klikasz „kupuję”, po czym towar natychmiast ląduje w „koszyku”. Z rowerem jest tak samo. Wychodzisz z domu, wsiadasz na rower i dosłownie po kilku sekundach jesteś na trasie, na bezpiecznej ścieżce rowerowej. Żadnego szukania tras, żadnego ekscytowania się równym asfaltem, żadnego uciekania przed ruchem ulicznym i spalinami. Mówisz i masz. Można się przyzwyczaić, można się rozleniwić. Można też, tak jak ja odczuwać niedosyt i niemożność realizacji swoich „myśliwsko-rowerowych” zamierzeń. Bo jak to tak? Wszystko jest równe i ładne? A gdzie dziury? Przecież o czymś trzeba pisać.

20160313_104842

Jadę zatem w korytarzu wyprostowanych drzew, następnie wzdłuż rzeki Amstel w kierunku najbardziej wyluzowanego miasta na świecie. Sporo ludzi ma tendencję do porównywania i do oceny, i ja się przed tym nie ustrzegłam podczas mojej pierwszej, holenderskiej „Sunday-coffe-ride”. A jakże. Kawa musi być. Po to się przecież uczę holenderskiego, by zamówić sobie po holendersku kawę i ciastko.

Kręcę. Na prawo kolarz, na lewo kolarz, a środkiem Amstel płynie. No gdzie tam w Polsce tylu „pedałujących” bym spotkała. Gdybym miała witać jadących z naprzeciwka kolarzy, to musiałabym w ogóle nie trzymać ręki na kierownicy. Im bliżej Amsterdamu tym kolarzy przybywa. W pewnej chwili trudno jest mi wyprzedzić. Widział ktoś coś takiego? Nawet w ciszy pomyśleć nie można. Przeważają użytkownicy rowerów szosowych, choć jest także spora grupka na przełajach (w końcu kolarstwo przełajowe na wręcz narodowy sport Holendrów) i MTB. Panie, panowie, młodzież, dzieci. Dziecko na kolarzówce – a jakże. Kręcę, jadąc po wyznaczonym pasie. Co jakiś czas tablica z precyzyjnym oznaczeniem gdzie się aktualnie znajduję i wskazaniem ile kilometrów do następnego przystanku. Perfekcyjnie, przejrzyście, tłoczno. Trudno mi natychmiast zaakceptować taki stan rzeczy. Lata jazdy po wyboistych drogach, poszukiwania tras idealnych, chełpienie się znaleziskami w internetach – to był sens moich wypadów. A teraz – tak po prostu przejechać się rekreacyjnie? Nie może być.

20160313_105811 20160313_110854

Po dokręceniu do Wesperplein szukam knajpki w której posilę się kawą i ciastkiem. Odszukuję w głowie zapamiętaną podczas innej wycieczki knajpkę, która ma w nazwie jeden z gastronomicznych symboli Holandii czyli jarmuż. Rozsiadam się w Cafe Kale, zamawiam cappuccino i creme brulee. Niezgorsze. Kelner momentalnie wyczuwa, że nie jestem „stąd”. Przełącza się na angielski więc dukam po holendersku, że się uczę, i żeby mówił do mnie po holendersku. Nie ułatwiają mi nauki ci Holendrzy. Ale to tylko dlatego, że to naród, który uprzejmość i chęć niesienia pomocy ma we krwi. Poza tym jesteśmy w Amsterdamie. Angielski jest tu używany naprzemiennie z holenderskim.

20160313_12125920160313_124905

Ze 180 minut została mniej niż połowa. Czas wracać. Już w drodze powrotnej postanawiam sobie, że kolejne „Sunday-coffee-ride” odbędzie się w przeciwnym kierunku, gdzieś w stronę podamsteramskich wiosek i to nawet za cenę braku kawy i ciastka. Skoro nie ma krzywych dróg, to będziemy szukać pustych dróg i tego co zawsze. Spokoju ducha. Miłego kręcenia życzę wszystkim.

facebooktwitter

Komentarze

  1. Creme brulee lepszy niż w Toruniu ? 🙂 Pozdrawiam i życzę kolejnych udanych wypraw 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.