Walka z wiatrakami. Wzdłuż rzeki Amstel.

Jedna z miliona. A dokładniej, jedna z około 16 milionów mieszkańców Holandii, którzy są w posiadaniu około 18 milionów rowerów. Gdyby w Holandii chcieć pozdrawiać każdego nadjeżdżającego kolarza, musiałabym bez przerwy trzymać rękę w górze.

Kolarz polski napotyka szereg przeszkód, które mniej lub bardziej skutecznie utrudniają mu jazdę. Kiepskie drogi, kiepscy kierowcy, brak wytyczonych ścieżek rowerowych, brak kultury rowerowej, wiatr, deszcz, góry, doliny. Można by wymieniać bez końca. Dlatego też, jazda na rowerze w Polsce to nieustająca walka z przeciwnościami losu. Kolarstwo jednak z roku na rok staje się coraz bardziej popularne – mamy w sobie taką chęć jeżdżenia na rowerze, która nas wręcz napędza do walki z przeróżnego rodzaju „wrogami”.

Jak jest w Holandii? Wszystko stoi, tak jak na drugiej półkuli, do góry nogami. Nie ma utrudnień i przeciwności, nie istnieją wrogowie. Teoretycznie Holandia to raj dla rowerzystów, ja jednak tęsknię do dziur w drogach, do krzywych asfaltów, do kierowców-wariatów, do wściekłych pieszych, do gór i dolin. Jedynym wrogiem moich kolarskich poczynań w Holandii jestem ja sama. Jest tak idealnie, że nie mam już z czym walczyć – okazuje się, że ta walka i te małe porażka lub zwycięstwa – napawanie się wynalezioną trasą, psioczenie na kierowców-szaleńców, narzekanie na dziurzyska w asfaltach, żartowanie kolarzy jadących co weekend w to samo mityczne miejsce – to był sens moich jazd na rowerze, sens istnienia tego bloga.

Jestem jedną z milionów, kolarstwo to nie elitarny sport dla niewielu. To nie jest nawet sport, to się nie nadaje do wpisania w CV, bo w Holandii wszyscy jeżdżą na rowerze.

Niczym Don Kichot szukam wiatraków, z którymi mogłabym walczyć? Wiatr? Płasko? Tłoczno? Jak się szuka, to się znajdzie.

Tymczasem chciałam krótko przedstawić trasę wzdłuż rzeki Amstel, w przeciwnym kierunku do Amsterdamu. W stronę Amsterdamu jest tłok – a jednak mam jakieś swoje „wiatraki”.

Rzeka Amstel, która nie jest tak urocza jak Odra czy Wisła, ma jednak przewagę nad polskimi wodami pod względem zagospodarowania jej brzegów. Wzdłuż niej, po obu stronach są drogi, a jak drogi to i ścieżki rowerowe.

20160703_140358

Są to w przeważającej większości ścieżki asfaltowe, choć bywają momenty, gdy porządna ścieżka zmienia się w szuter lub wąski asfalt – jest to oczywiście zaznaczone na mapach rowerowych i oznakowane znakami pionowymi. Nie da się jednak ukryć, że ucieszyłam się na słabej jakości asfalt (czy to już Polska?).

20160703_133338

20160703_132023

Zaczęłam zaraz za rogatkami Amsterdamu, powiedzmy, że na wysokości Amstel Parku. Ścieżka jest koloru brunatnoczerwonego i biegnie po obu stronach drogi, również na drugim brzegu rzeki. Mostów jest kilka, zgodnie z Prawem Murphy’ego oczywiście jest o jeden za mało własnie kiedy chcesz znaleźć się na drugim brzegu rzeki. Kolejno: Ouderkerk a/d Amstel, Uithoorn, Vrouvenakker, Bilderdam. Jeśli już nie możesz wytrzymać i chcesz koniecznie być po drugiej stronie, pozostają przeprawy promowe. Na opisywanej trasie są 4 takie przeprawy (koszt kilka Euro). Polecam zatrzymać się w Ouderkerk aan de Amstel i Uithoorn – to malutkie miasteczka z eleganckimi promenadami nad rzeką. Sporo tam kawiarni i restauracji.

20160703_124938

Warto popatrzeć na przepływające przez zwodzony most łodzie we Vrouvenakker. Mosty zwodzone to w Holandii, w przeciwieństwie chyba do Polski, coś powszechnego.

20160703_132007

Ruch samochodowy jest niewielki. Jest za to sporo motocykli i skuterów. Oraz rowerów oczywiście. Cała traska to ponad 50 km. Zawróciłam na wysokości mostu w Bilderdam, ale można naturalnie kręcić dalej.

20160703_131430

Drzew niewiele, wiatru wiele.

Wiatraków, poza moim „wewnętrznym wiatrakiem” brak.

facebooktwitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.