„Rowerowanie” z dzieckiem. Bez kocyka ani rusz.

Dorosłemu, bezdzietnemu człowiekowi potrzeba mniej więcej kilkunastu minut by wyjść na rower. Wygląda to mniej więcej tak: 3, 2, 1…start i już jesteś na rowerze. Wyjście na rower z dzieckiem to często 30, 29, 28…1…start lub anulowanie rowerowej wyprawy. Takie (samo) życie.

Nie ma co narzekać. Dziecko wynosi na inny poziom każdą czynność, nawet jazdę na rowerze. Nie ma też co owijać w bawełnę – łatwo nie jest. Dlatego właśnie zaczęłam się zastanawiać, co zrobić by „rowerowanie” z małym dzieckiem zostało jedną z przyjemności w życiu, a nie nieprzyjemnym doświadczeniem.

Multitasking zawsze był moją mocną stroną, choć przy dziecku mam chwile słabości. Jeśli jednak nie jesteś typem wielozadaniowca, to poskładanie w jedną logiczną sekwencję czynności takich jak przygotowanie roweru i przyczepki (lub krzesełka), przygotowanie wałówki na podróż (nie, nie dla Ciebie – przecież Ty przeżyjesz o wodzie i jednym batoniku energetycznym), spakowanie zabawek, ubranek, pieluszek, kremu na słońce, a między tym nakarmienie, przebranie, zabawianie dziecka by nie marudziło podczas czynności przygotowawczych, to wyzwanie równoznaczne z wejściem na stromą górę.

Mnie się już odechciało na samą myśl, a to jeszcze nie koniec pakowania. Co zatem zrobić, by nie zwariować i nie dać za wygraną?

Zasada 1. Akcesoria. W naszym przypadku zestaw obowiązkowy stanowi kocyk piknikowy – taki, który ma od spodu jakieś nieprzemakalne tworzywo. Bez kocyka ani rusz – jest niezbędny podczas nieskończonej ilości przerw w jeżdżeniu, pozwala rozprostować dziecięce kości i odpocząć od skrępowania pasami w przyczepce.

Poza tym zawsze mam ze sobą: ręcznik albo pieluszkę – w Holandii jesteśmy zewsząd otoczeni wodą więc w ciepłe dni idziemy się podczas przerwy w jeżdżeniu wykąpać w basenie dla dzieci lub jeziorze. Mała bardzo to lubi, poza tym jest to kolejna aktywność…a im więcej aktywności, tym dziecko się bardziej zmęczy i zaśnie i da mi swobodnie popedałować.

Następne niezbędne przedmioty to krem na słońce, czapeczka, ubranka sztuk 3 (coś z długim rękawem, skarpetki, zapasowe ubranko), 2 pieluszki (i „mokre” chusteczki) i jedna pieluszka do pływania.

20160816_131034

Do tego dochodzą przekąski: owoce w saszetce, jakieś 2-3 chrupki no i woda (dla mnie). W razie nagłego głodu można zawsze dokupić bułkę – jazda na rowerze po Holandii to, jak do tej pory, nie jazda po bezludnych bezdrożach – sklepów jest pod dostatkiem.

Zasada nr 2. Przygotowanie. Często układam sobie przysłowiową „to do/take list” w głowie, na dzień przed wycieczką. Jeśli mam chwilę wolnego, to pakuję manatki dzień przed. Listę akcesoriów znam już na pamięć, część z nich mam zawsze spakowaną i gotową do zabrania. Stosuję też zasadę tzw. downsizingu, czyli zmniejszania gabarytów mojej „wyprawki” – zastanawiam się czy aby na pewno potrzebuję 2 ciuszków dla Małej, czy potrzebny jest nam śliniaczek (nie) i łyżeczka (nie), a może krem na słońce zabrać w mniejszej tubce (tak, a najlepiej mieć dwie. Jedną w domu i jedną na „wyjścia”), i czy wystarczą 2 zabawki a może w ogóle (najczęściej zabieram jakąś bezpieczną zabawkę do przyczepki typu szeleszcząca książeczka na sznureczku lub w ogóle).

20160908_142218

Zasada nr 3. Nie odpuszczać ale też nie robić niczego na siłę. Czasem nie mam ochoty na rower bo ogrom prac przygotowawczych czynionych między kwękaniem i stękaniem dziecka po prostu mnie zniechęca. Albo wieje. Albo leje. Nie wspominając o tych przerwach podczas jazdy i wyciu, kiedy Małej znudzi się siedzieć w przyczepce lub o wyciu zaraz po włożeniu jej do przyczepki. Staram się nie wychodzić na rower kiedy dziecko jest w pełni sił. Często czekam aż trochę ochłonie – wtedy łatwiej zasypia lub uspokaja się w przyczepce.

Aby się zmotywować planuję trasy wycieczek: dziś jeziorko A, jutro park B, za tydzień morze, a za dwa kawiarnia w miejscowości D. Holenderskie trasy rowerowe są bardzo dobrze oznakowane (świetny wg mnie system oznaczeń punktowych – często jeżdżę tylko z karteczką z zapisanymi na niej numerkami, które kolejno „zdobywam” podczas jazdy), to wszystko znajduje odwzorowanie na mapach. Nie ma miejsca na pomylenie drogi, a co się z tym wiąże dodatkowe stresy, co jest szczególnie ważne kiedy wiezie się małego pasażera z tyłu.

20160507_151851

Kiedy Mała śpi wybieram najdłuższą drogę do domu, mimo, że przebiega ona takim fragmentem, gdzie wiatr zawsze wieje prosto w pysk. Wrzucam najtwardsze przełożenie i jadę ile sił w nogach. W powietrzu czuć jeszcze zapach lata, cykają świerszcze, promienie wieczornego słońca odbijają się w Amstel. Mijają mnie z szaloną prędkością inni kolaże ale już dawno przestałam się przejmować tym, że „noga nie podaje jak kiedyś”. Mam chwilę dla siebie, ciesząc się wieczorną rundą na „nizinach”.

facebooktwitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.