Ucieczka z rowerowego raju. Seefeld.

To się nazywa złośliwość losu. Lecieć przeszło 1000 km z Holandii do Niemiec i Austrii po to aby zobaczyć śnieg, po czym dowiedzieć się, że podczas twojej nieobecności spadł śnieg w Holandii. Ha ha ha.

Nie ma tego złego – śnieg w Holandii poleżał krótko, nastraszył rdzennych mieszkańców po czym zamienił się w wodę. Austriacki śnieg leży w górach jeszcze do tej pory. Jest piękny, da się po nim chodzić i biegać na biegówkach. A śnieg plus pogoda plus biegówki plus trasy biegowe jak spod igły austriackiej omy to sukces murowany.

Dwie, trzy godzinki sam nas sam ze sobą to dla większości mamusiek manna z nieba. Ja mogłam doświadczyć tej manny na tyrolskich ziemiach, szusując krokiem niemalże profesjonalisty po przepięknie utrzymanych trasach biegowych regionu Seefeld. Seefeld szczyci się największą ilością tras biegowych w Europie i jest trendy miejscem dla każdego amatora narciarstwa biegowego.

Żeby nie powielaćać treści, jakie można znaleźć w każdym folderze reklamującym region Seefeld, dodam, że warto zatrzymać się na biegówki w Leutasch. Znajduje się tam spora dolina z wieloma kilometrami tras, o różnym stopniu zróżnicowania. Trasy są płatne (11 Euro za dzień, jest taniej jeśli jest się rezydentem jednego z pensjonatów lub hoteli) i dobrze oznakowane.

Parkingi są darmowe, i jak ktoś się uprze można zaparkować samochód tuż przy trasie biegowej. Sporo też jest turystów ale na szczęście nie wpadaliśmy na siebie. Z głodu i pragnienia śmierć nie nadejdzie – sporo tam knajp i restauracji, także w bezpośredniej bliskości tras biegowych. W tej samej miejscowości znajduje się niezwykle przyjemny kompleks basenów – w sam raz na post sportowy relaks.

Nie ma co się rozpisywać, wystarczy popatrzeć na zdjęcia.

Jedni wolą płaską Holandię, inni wolą pofałdowaną Austrię, Czechy czy Niemcy. Jakby się kto pytał, zamienię równiny na wyżyny.

facebooktwitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.