Ucieczka z rowerowego raju. Islandia.

Islandia jest teraz trendy. To „must be” wakacyjnych celów podróży. Rok w rok od kilku ostatnich lat około milion turystów z całego świata próbuje poznać tą zamieszkaną przez trzystaparędziesiąt tysięcy ludzi wyspę. Wybrałam się i ja. Dwóch dodatkowych polskich emigrantów (+dziecko) nie zrobi chyba nikomu różnicy.

O Islandii napisano już chyba wszystko, więc pomyślałam sobie, że czegokolwiek nie napiszę i tak nie ustrzegę się przed powieleniem czy to treści, czy to zdjęć. O tak, Islandia ma więcej fotek w blogosferze i na Insta niż niejeden celebryta.

Poczytałam to i owo w przysłowiowym międzyczasie, kiedy to przemieszczaliśmy się samochodem z jednego miejsca na wyspie na drugie. Celowo nie pochłonęłam magabajtów i kartek informacji przed wyjazdem, stwierdzając, że tym razem pójdę na przysłowiowy żywioł – przecież to takie adekwatne w odniesieniu do tej „żyjącej” wyspy.

Tak czy owak, gdzieś między atrakcjami „Złotego Kręgu” a Islandią Północną doszkoliliśmy się na temat tego, co można zobaczyć. Za inspirację wzięliśmy sobie ładny blog Państwa Rostków. Po powrocie do domu natrafiam na przekorny, świetnie napisany blog Niesmigielskiej i teraz widzę (no koleżanka zawyża poziom, że hoho, a zdjęcia „mniam mniam”, jest na czym oko zawiesić), że na Islandię trzeba nam wrócić. Tym bardziej, ze już się z Islandia zżyłam, zbudowałam swoją małą islandzkiego strefę komfortu więc kolejnym razem będzie łatwiej.

Czego nie polecam robić na Islandii (ani nigdzie indziej) – gonić. Tak się złożyło, że wiele godzin z tych 7x24h na wyspie spędziliśmy podziwiając Islandię z samochodu. To było nierozsądne, tym bardziej, że trafiła nam się piękna pogoda, co jak się potem okazało można zakwalifikować jako cud. Cud islandzki. Islandia+2000 km+auto+słońce+15 mies. dziecko=porażka. Zresztą, cokolwiek by podstawić do tego równania za „Islandię”, to wyjdzie wynik negatywny (czy jakoś tak, z matmy byłam i jestem słaba).

Takie to modne jest żyć „slow”, choć jest w tym ziarno prawdy. Tym bardziej zresztą, że przemieszczając się najpierw na południowy wschód, a następnie na zachód i północ kraju, widziałam z okna naszego wypożyczonego samochodu miejsca, na które można by poświęcić nie godzinę albo dwie, tylko dobę lub dwie. Z drugiej strony, każdy ma swoją perspektywę — ja tam wiem, że Islandia to nie supermarket do którego można wpaść i wypaść. I odhaczanie turystycznej listy zakupów nic nie pomoże.

No to gdzie byliśmy? Najpierw zobaczyć wspaniałości słynnego, oklepanego i komercyjnego „Złotego Kręgu”. Przewodniki reklamują, że to taka Islandia w pigułce. Może. Całej wyspy nie widziałam, więc nie mam nic do powiedzenia (jeszcze). Turystyczna komercja to dla mnie między innymi jakieś miejsce albo wydarzenie, które jest oplecione przez turystów jak porzucony w trawie cukierek przez mrówki. Tak jak wspomniałam wyżej, Islandia to popularne miejsce ale jeśli ktoś twierdzi, że jest ona zatłoczona to zapraszam na Plac Tamy do Amsterdamu, to pogadamy. Nie da się zaprzeczyć – turyści w Islandii są, ale gdzie ich w dzisiejszych czasach nie ma? Dodam, że załapaliśmy się na kilka miejsc na wyspie zupełnie „wyturystycznionych” lub „odturystycznionych” – mam to odtrąbić jako sukces?

Na tapecie „Złoty Krąg”. Moje ulubione miejsce to Park Narodowy Þingvellir. Do parku dotarliśmy pod wieczór i być może to wieczorne islandzkie słońce zrobiło swoje — zapanowała romantyczność (i wcale nie było tłumów). Uderza przestrzeń. Wielka równina, rzeka, jezioro, skały. Cisza. Od niechcenia przeczytałam co działo się w parku wieki, wieki temu i oprócz tej przestrzeni, dostaniesz jeszcze w twarz od kawałka majestatycznej historii tego kraju (w ogóle — Islandzki, jak się dowiedziałam wiadomo skąd, to język który bardzo opornie ulega wpływom innych języków. „Weekend”, „komputer” i inne anglicyzmy nie mają tam racji bytu. Poza tym islandzkiego fajnie się słucha – w jednym z bardziej ekscentrycznych przybytków w jakim nocowaliśmy z pomocą AirBnB, nabyliśmy płytę z piosenkami dla dzieci dla naszej małoletniej córki i słuchamy jej niemalże do zdarcia). Tej przestrzeni brakuje w Holandii, urbaniści uwijają się jak mogą by zapewnić Holendrom (i przejezdnym, takim jak my) nowoczesne warunki do życia ale Amsterdam w porównaniu do Reykjaviku to iście klaustrofobiczne miasto.

W tej części Islandii znajdują się też dwa bardzo przyjemne i widokowe gorące źródła. Jedne, to mający już swoje lata świetności za sobą basen termalny Seljavallalaug, a drugie to gorący strumyk w obrębie Hveragerdi. Basen, w związku z tym, że nie jest tak komercyjny jak Blue Lagoon, nie przyciąga dużej ilości turystów. I w tym jego siła. Nie kazdemu chce sie leźć z siatką w ręce kilka kilometrów by zanurzyć się z odrapanej, pokrytej mchem i wypełnionej niewiadomo-co-zawierającą ciepła woda niecce, no nie? Dla mnie bomba – to jedno z najbardziej insta-przyjaznych miejsc jakie dotychczas widziałam – oryginalność az kipi, zupełnie jak woda w gejzerach. Cóż to za świetny pomysł miał jego budowniczy – Islandczycy mają fantazje. Tak jak piszą Rostki, bo basenu prowadzi średnio trudna trasa (zgadzam się. Może wózkiem nie da się tam dotrzeć ale już niosąc dzidzi na rękach – tak), trzeba przeskoczyć strumyk i jest to niewielki wysiłek w porównaniu do tego, co otrzymamy w zamian. Basen jest bezpłatny i ma dwie „oldschoolowe” przebieralnie. Jeśli zobaczycie ludzi z siatkami (o co chodzi z tymi siatkami – czy nie można schować tobołów do plecaka?), to znak, że jesteście na drodze do tego wielce uroczego miejsca.

Strumyk Hveragerdi określiłabym jako ciepła rzeczkę, nad którą unosi się para. Odwiedzany przy zachodzącym słońcu nabrał iście magicznych barw. Nigdy wcześniej nie kąpałam się w ciepłym strumieniu i to nowe wrażenie pozostanie ze mną na długo. Do strumyka prowadzi godzinna trasa, trochę pod górę, trochę w dół. Tuż przed miejscem docelowym bulgoczą inne gorące strumienie czy jeziorka, a tabliczki z napisem „uwaga 100 stopni Celsjusza” ostrzegają by wstrzymac sie z kąpielą (swoja droga, inne, bardzo ciekawe tabliczki znajduja sie przed tym slynnym polem geotermalnym Geysir, a mianowicie informują one, że najbliższy szpital znajduje się w odległości 60 km, tym samym sugerując, że raz zanurzona w ciepłym źródle kończyna nie zostanie opatrzona na miejscu zdarzenia w sposób natychmiastowy. Ciekawe, dlaczego użyto takiego a nie innego ostrzeżenia – czyżby ludzka żądza przygód zaćmiła umysły kilku turystów?).

Drogę do strumyka zapamiętam także dzięki złośliwym muszkom (a może to duchy islandzkich przodków, które chcą wypędzić turystów z wyspy?), których chmura unosiła się nade mną podczas wędrówki. Jakimś cudem muszki zniknęły, po tym jak się wykąpałam w strumyku. Prawdziwa magia.

Następny kawałek Islandii, który odwiedziliśmy to północ kraju. Jadąc w tamtą stronę natknęliśmy się na mgłę, która nie opuściła nas do następnego ranka. W związku z tym po drodze niewiele widzieliśmy oprócz islandzkich koni (a podobno jest tam więcej owiec niż koni i ludzi). Nocleg przypadł nad wielkim jeziorem pośrodku niczego. Dosłownie. Podziwiam Islandczyków za odwagę osiedlania się w takich wyludnionych miejscach. Nie trzeba mocno wysilać wyobraźni by pojawił się w głowie scenariusz na thriller. Dodam, że spaliśmy w domku, który był zamieszkany tylko przez dwójkę innych turystów. I to Holendrow. Horror (z „pindakaas” w tle) gotowy.

To, co widzieliśmy na południu kraju to fiordy, Akureyri – drugie największe miasto w kraju, Husavik, okolice czynnego (!) wulkanu Krafla wraz z kosmiczną wręcz elektrownią geotermalną. Na Islandii działa 16 takich elektrowni. Nie ma co ukrywać, że okolice wulkanu Krafla robią piorunujące wrażenie i działają nie tylko na zmysł wzroku ale i też węchu. Teren dosłownie „żyje” pod stopami, dlatego chodzenie po nim to nie lada przeżycie. Z drugiej strony zginąć tonąć w gorących źródłach czy będąc pochłoniętym przez islandzka ziemię to taka piękna śmierć.

W drodze powrotnej przetestowaliśmy islandzkie drogi żwirowe, a nasza wypożyczona Kia Rio dała radę przez nie przejechać bez zadrapań, obić i rys, co ma znaczenie jeśli się podróżuje samochodem z wypożyczalni (no przecież nie swoim, choć widzieliśmy jeden samochód z polską rejestracją i kilka z niemieckimi). Na temat samochodów na Islandii powinien powstać osobny wpis, ponieważ spora część Islandczyków porusza się wielgaśnymi amerykańskimi „samochodo-smokami”. Napęd 4×4 to normalka, i nie powinno to dziwić. Po drogach poruszają się głównie turyści, co jest wg mnie fenomenem. Czuć się jak obcy w swoim kraju – to musi byc dopiero uczucie, którego ja – dziewczyna z kraju „przyjaznego-obcym-inaczej”, nie mialam okazji zaznać (no chyba, że zabłądziłam w Amsterdamie w rejony Slotermeer). Wypożyczalni samochodów jest tyle ile gwiazd na niebie, oferta szeroka a ubezpieczenia chyba konieczne i wysokie. Spójrzcie tylko na zdjęcie naklejki informacyjnej, która była umieszczona w naszym samochodzie. Wymiękliśmy kiedy pracownik wypożyczalni zaczął opowiadać o tym, co może spotkać nas i nasz samochód na wyspie. Burza śniegowa i piaskowa to wcale nie takie nieprawdopodobne zjawiska pogodowe. Może to i zabieg marketingowy ale biorąc pod uwagę koszty na jakie narazilibyśmy się w razie „w”, zdecydowaliśmy się ubezpieczyć wynajmowane auto. Podobno to Anglicy (a teraz mam wrażenie, że Holendrzy) lubią prowadzić „small-talk” o pogodzie, na Islandii za to pogoda jest takim newsem jak kolejne starcie na miesięcznicy smoleńskiej na TVN24. Na każdej stacji paliw znajduje się ekran wyświetlający mapki (a także przekaz na żywo z najważniejszych dróg) z informacją pogodową, i jest ona dosyć szczegółowa bo oprócz „słoneczek” (głównie „chmurek”), pokazuje także co dzieje się na drogach w danej części kraju (które są zamknięte, gdzie jest akurat śnieżyca, a gdzie burza piaskowa). Działa także kilka aplikacji pogodowo-drogowych, my korzystaliśmy z road.is.

Tak się wspaniale złożyło, że trafiliśmy na bardzo przyzwoitą pogodę. Na 7 dni pobytu 5 dni było słonecznych, dwa pochmurne w tym jeden dzień z deszczem (i to był akurat dzień naszego wylotu). Nie trafiliśmy na burzę śnieżną ani na piaskową, ale czy jest czego żałować?

Podróżując drogą nr 1 z południa na zachód i potem do stolicy na nasz ostatni nocleg, odwiedziliśmy także miejscowość Hvammstangi, która szczyci się byciem poważnym ośrodkiem badań nad fokami. W miasteczku jest muzeum obejmujące tematyką te właśnie zwierzątka. Niestety nasze dziecko przestraszyło się wpchanej foki z muzeum. Miejmy nadzieje, ze nie bedzie to trauma na całe życie. Objechaliśmy także półwysep Vatnsnes, na którym zjedliśmy pyszną zupę rybną za 30 euro za osobę (!), i biegaliśmy po czarnej plaży przy kamieniu Hvitserkur.

Zatrzymaliśmy się na moment w Reykjaskoli, gdzie przy budynku szkoły, tuż przy plaży można było zanurzyć się w kolejnym gorącym źródle. Ot, dzwoni dzwonek, kończysz lekcje i idziesz posiedzieć sobie w ciepełku, zamiast chować się za śmietnik by zapalić papierosa. Tyle w temacie różnic kulturowych.

Ostatni dzień to zwiedzanie stolicy, która jest dosyć kameralna. Jako, że zwiedzałam ją z ważącym 15 kilo plecakiem z dzieckiem i to w deszczu, za wiele nie oglądałam oprócz słynnego kościoła Hallgrímskirkja, budynku opery narodowej Harfa, budynku ratusza i kilku ulic z ekskluzywnymi sklepami (i oczywiscie placu zabaw). A Rejkiawik to znacznie więcej, tak przynajmniej informują materiały promocyjne. Zatem w przyszłości chciałabym odwiedzić podgrzewaną plażę miejską (woda podgrzewana do temperatury panującej w lecie w Bałtyku – Islandczykom to chyba wystarczy), zoo, park miejski (z gorącymi źródłami) i kilka interesujących architektonicznie budynków.

Na sam koniec zostawiliśmy sobie słynną, Blue Lagoon, którą zwiedzałam nie korzystając z jej atrakcji, jako, że wstęp z dziećmi poniżej 2 lat jest zakazany w związku z przejrzystą, zawierającą krzemionkę wodą w basenach. Jakby taki maluch wpadł do basenu, to juz zupelnie jak kamień w wodę. No cóż, smarowanie ciała błotem krzemionkowym to atrakcja na przyszłość.

7 dni na Islandii nie wyczerpuje tematu. Na kolejny raz warto pomyśleć o samochodzie typu camper 4×4 by swobodnie wjechać tam, gdzie osobówka nie pojedzie. Uzbrojeni w zapas makaronów i zupek w proszku (no chyba, że dostaniemy podwyżkę w pracy, Islandia to jednak nie jest kraj dla biednych turystów, nawet w supermarkecie z paskudnym logo świnki było po prostu drogo) nabijemy kolejne statystyki temu wulkanicznemu krajowi.

 

facebooktwitter