Słyszałam gdzieś, ze jeździć w to samo miejsce na wakacje to objaw choroby psychicznej. Może wiec i jestem wariatką bo mam kilka swoich ulubionych krajów i miejsc, które jak „comfort food” potrafią otulić niczym koc i poprawić humor tak jak tabliczka czekolady, tudzież zakupy lub lampka dobrego wina. Moje „comfort countries”: Austria, Czechy, Włochy i Niemcy.

Na pierwszy ogień idą Włochy. My to nie mamy szczęścia do ciepłej aury na wakacje. Za co los chciał nas ukarać – za dezercję z Polski czy co? Wyjeżdżaliśmy z Tyrolu Południowego w towarzystwie opadów deszczu a następnie, na przełęczy Passo Giovo śniegu i mgły. Widoki zabójcze. Trzeba było uruchomić wyobraźnię. Im bardziej zbliżaliśmy się do Dolomitów – naszego drugiego celu wakacji 2017- tym bardziej temperatura spadała.

Passo Giovo

A ja wzięłam sukienkę. Bez sensu. Do San Vito di Cadore, które znajduje się w pobliżu Cortiny d’Ampezzo (miasta usytuowane są wzdłuż Strada Statale 51) dotarliśmy pod wieczór. Para buchała nam z ust. Było zimno. Jesień. Miasteczko ciemne, latarnie powyłączane. Pięknie. Celowo zrezygnowaliśmy z noclegów w Cortinie by zaoszczędzić trochę grosza plus kto by tam normalny nocował w takim snobistycznym miejscu? Docieramy do naszego hotelu, który wygląda na jeden z niewielu czynnych obiektów. Wita nas Marco – dusza człowiek. Szeroki uśmiech, mocny uścisk dłoni sprawiły, że nasza córeczka wspomina Marco jeszcze pół roku po powrocie do Holandii. Marco prowadzi hotel oraz wynajmuje apartamenty w kilku willach. My wykupiliśmy pobyt w willi ale okazuje się, że mamy także wstęp na hotelowy basen (radość dziecka – bezcenna), a w willi mamy jeszcze plac zabaw (lub salę zabaw – takie to było wielkie) i czytelnię. Apartament spory, można grać w chowanego, a dwie rodziny spokojnie się w nim pomieszczą i to bez ścisku. Z okna widok na Dolomity – więc rano kawa, wyjście na taras i kilka minut wpatrywania się w góry. Folderowo. Marco wyjaśnia nam gdzie zjeść i gdzie udać się na mały trekking. Pewnie, że przed wyjazdem na wakacje poczytałam co nieco o „must be” w Dolomitach ale skorzystaliśmy z porad naszego opiekuna – kto w końcu ma znać okolicę jak nie on.

Głodni i solidnie ubrani trafiamy do polecanej knajpy. A tam – jakie to oczywiste – pracuje dziewczyna z Polski. Szczęścia do pogody nie mięliśmy ale za to do jedzenia jak najbardziej. Czy to było włoskie jedzenie przygotowane pod turystów – w zasadzie nie wiem. Jednak wygląd, zapach i smak sprawiły, że byliśmy tam kilka razy pod rząd. I to wcale nie dlatego, że inne przybytki były zamknięte. Na pamiątkę mamy kilka „food poornowych” zdjęć.

Myślę, że kto był w Dolomitach i miałby zagrać w grę „jakie to góry”, bez problemu wskazałby pośród kilku fotek Dolomity. Ja (a nie jestem znawcą gór) mam przekonanie, że zdobyłabym punkt w tej zabawie. Czy tam słońce inaczej świeci, że patrząc na Dolomity widzi się biel, czerwień, pomarańcz, żółć i fiolet? Zakochałam się od razu. Moje „comfort mountains”.

Dzielnie maszerowaliśmy z plecakiem na dziecko i małym pasażerem. Pocieszam się, że mamy tzw. „high need baby” bo Mała kwękała praktycznie przez cały czas. To chce wyjść z plecaka, to na rączki, to „am”, śpiewaj jej, mów wierszyki. No tak – chcieliście dziecko – macie dziecko. Zdziwienie, że nie jednak nie siedzi jak na zdjęciach z gazetki reklamowej – uśmiechnięta i szczęśliwa – pozostaje z nami do dziś.

Nasze największe osiągnięcie to trekking wokół Cinque Torri – aż mi się mózg zapchał od robienia „zdjęć”.

Oczywiście zaciągnięto mnie też w najbardziej komercyjne miejsce w Dolomitach czyli Tre Cime. Uwaga moi Mili – pod Tre Cime można podjechać autem – jak komercja to komercja – płacisz 20 Euro i możesz jechać sznurem aut (i autobusów) w górę. Bardzo przyjemne. O ile bardziej „offowo” byłoby wjechać rowerem. Że śnieg? Kto by się przejmował – nie wiem jakie tam było nachylenie ale mnie na pewno nie byłoby zimno. Na górze schronisko, pełno „luda” i niedobre ciastko. Uprzedzona jestem chyba albo po prostu inne miejsce mam wyżej w rankingu.

Obejrzeliśmy jeszcze murale w Cibiana di Cadore – myślę, że jeśli lubicie wyludnione miasteczka, obdrapane domki i nie boicie się stromizn (mając na przykład wypożyczony samochód do dyspozycji), to jest to miejsce dla Was. My zwiedzaliśmy to miastaczko w mżawce więc jakoś miłością do niego nie zapałaliśmy ale może w przyszłości damy mu szansę. Chociaż…często, będąc w danym miejscu pojawia się w mojej głowie myśl, że już nigdy mogę tam nie wrócić. NIGDY. Perspektywa przebywania na przykład w Dolomitach staje się wtedy zupełnie inna, a ja doceniam każdy promień słońca i widok. Choć, tak jak pisałam wcześniej – Włochy to mój „comfort country”, a Dolomity które widzieliśmy to przecież fragment wielkich gór, gór w które chciałabym jeszcze wrócić. Nie wszyscy podzielają moje przekonania – są przecież tacy, którzy zwiedzają jak z listą na zakupy, wykreślając na niej kolejne miejsca. Ja się chyba starzeję albo po prostu mam inne priorytety. Wolę zamiast więcej i więcej –  mniej.

PS odwiedziliśmy oczywiście Cortinę – fajne sklepy (ja lubię Benetton i dom handlowy La cooperativa di Cortina).

Godne polecenia:

Cinque Torri, w schronisku na górze dobre jedzenie. Można się też tam powspinać. Via ferrata przebiega przez ogromny głaz/górę. Do Cinque Torri mozna dostać się na piechotę z Cortiny lub wjechać samochodem i potem przejść się. Spacer wyniesie około godziny. Uwaga! Trzeba wjechać samochodem nieco pod górę, jest kilka stromizn, droga wąska, nierzadko szutrowa.

Knajpa w San Vito: Il Vizietto ristorante Trattoria (a dla tych co mają „money to burn” – w San Vito jest też knajpa z gwiazdką Michellin – Ristorante AGA – no nie byliśmy jakoś).

Nasz nocleg: Albergo Ladinia.

Samo San Vito poza sezonem to miasto, które żyje (pewno jak wszystkie mniejsze miasteczka w tamtych okolicach) wahadłowo. Rano wszystko jest czynne, potem długo, długo nic, sklepy/knajpy i inne przybytki otwierają po 16.00.

Polecam kawę i małe ciasteczka w La Terrazza Bar Gelateria. Styl knajpki określiłabym jako „vintage” ale to w końcu nie Cortina. W Coop w San Vito pracuje oczywiście pan z Polski.

Na koniec przytyk uprzedzonej Polski dla Holandii – małe San Vito miało lepszy plac zabaw (z huśtawkami dla małych dzieci) niż wielki i bogaty Amsterdam – a fe.